Blog
Róża Lewanowicz
Zasznurowana
Zasznurowana Piszę (czasem szydełkuję)
9 obserwujących 108 notek 68355 odsłon
Zasznurowana, 8 czerwca 2015 r.

Burn, Daily Mail, burn!!!

Na własny użytek nazywam to "Devil`s Mail", ze względu na ogłupiające treści i diabelski sposób ich rozmieszczenia na stronie (np. wstrząsający artykuł o obcinaniu głów w państwie IS obok gołego tyłka kogoś, kto podobno jest sławny i świetny). Po wielu miesiącach codziennego czytania zaczęłam dochodzić do wniosku, że na Wyspach Brytyjskich - gdzie nigdy nie byłam - żyją dokładnie tak samo "niepokojąco" myślący i zachowujący się ludzie, jak młodzi turyści z tego kraju, których widziałam kilka lat temu na krakowskim Rynku, oddający mocz, gdzie popadło. A na dodatek, co logiczne, jest ich tam, na tych Wyspach, strasznie dużo. 

To okropne! - myślałam sobie. - Po co tylu naszych rodaków tam jeździ i zostaje? To może być zaraźliwe.

Dziś rano moje zdumienie osiągnęło zenit.

Pod tym adresem znajduje się artykuł, okraszony sporą ilością zdjęć, o "fabryce kanapek". Można zajrzeć, poczytać, a potem zaznajomić się, co o tym wszystkim sądzą Brytyjczycy, dla których robione są owe kanapki. Do tej pory pod artykułem umieszczono ponad 5200 komentarzy, co nawet jak na DM jest sporą ilością (ostatnio podobny ruch był podczas wyborów i rozmnożenia SIĘ ich rodziny królewskiej). 

Nie! Nie zdumiałam się tym, co tam napisano. Wcale mnie nie ruszyło, że te miliony obywateli Zjednoczonego Królestwa nagle dowiedziało się, że to, co jedzą, jest przygotowywane przez GOŁE dłonie polskich obywateli, z których znaczny odsetek jest w podeszłym wieku i nie zna angielskiego, budząc tym samym niesmak i dzikie oburzenie (nie wiem, co bardziej: gołe ręce, nieznajomość języka, czy że Polacy?). W ogóle nie chce mi się komentować faktu, co moi rodacy tam robią, dlaczego pracują po 12 godzin, z czyjej winy, do jasnej cholery, nie są tutaj, we własnym kraju... Nie mam na to sił. Tylko jednej rzeczy nie mogę przemilczeć.

Na 15 zdjęciu od góry jest biała tablica informacyjna, na której po polsku ktoś napisał komunikat, pomimo że - jak skwapliwie odnotowano pod obrazkiem - jedynym obowiązującym językiem jest angielski. Przeczytałam ten komunikat raz. Potem drugi, a potem kolejny... Później rozesłałam to znajomym i moje zdumienie zamieniło się w czysty gniew. 

JUTRO ODBĘDZIE SIĘ PRÓBNY ALARM PRZECIWPOŻAROWY DLA PRACOWNIKÓW BIUR. MY NA HALI PRACUJEMY NORMALNIE, NIE REAGUJEMY, CHYBA ŻE (nieczytelne) INACZEJ. DZIĘKUJĘ! 

Jedną z pierwszych reakcji moich kolegów było: "A jeśli wybuchnie prawdziwy pożar - właśnie tego dnia? A jeśli wybuchnie za dwa dni i zginą ludzie, bo nie wiedzieli, jak się ewakuować? Kto będzie odpowiedzialny?" 

Czy ludzie na hali są inni niż biurowi? Czy nie muszą umieć się ratować? I przede wszystkim, czy jeszcze dodatkowo zasługują sobie na te okropne komentarze pod swoim adresem, które o nich napisano, głównie przez tych, co konsumują ich wysiłek? 

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale