Blog
Róża Lewanowicz
Zasznurowana
Zasznurowana Piszę (czasem szydełkuję)
9 obserwujących 108 notek 68355 odsłon
Zasznurowana, 22 listopada 2014 r.

Flaszencja

 Jego nogi wciąż dotykały stopni schodów, ale głowa z tułowiem spoczywały na chodniku. Większość osób obejrzała się z zaciekawieniem i poszła dalej, tylko jedna młoda kobieta z siatkami podeszła do niego z zamiarem udzielenia pomocy. Kiedy się do niej zbliżyłam, zrozumiałam, że może mieć z tym problem, bo mężczyzna był dość masywny, a ona drobna. Zresztą, po chwili nerwowego dreptania w miejscu, oddaliła się i zostałam sam na sam z leżącym u stóp schodów kościoła Świętego Krzyża bezdomnym. 

Nachyliłam się nad jego twarzą z nosem koloru indygo i chwyciłam jego ramię.

- Nic panu nie jest?

- Nie - wymamrotał.

- Podniesie się pan sam, czy może wezwać pogotowie?

- Nie! - zaprotestował gwałtownie. - Żadnego pogotowia! 

- No, ale wstanie pan? Nie może pan tu leżeć.

- Tak, wstanę. Wielkie rzeczy. A pani nigdy się nie przewróciła?

- O, proszę pana, wiele razy. - Chciałam nadmienić, że zarówno w sensie fizycznym, jak i moralnym, ale uznałam, patrząc w jego oczy, że on doskonale wie, co mam na myśli. 

Próbowałam chwycić jego ręce w sposób, który pomógłby mu się podnieść, ale po chwili zorientowałam się, że człowiek ów nie tylko nie przyjmuje gestów pomocy, ale je wręcz odrzuca. Mimo to postanowiłam zostać, żeby mieć pewność, że jednak stanie na własnych nogach i znów nie wyrżnie nosem na bruku. Obok niego stał zawinięty w woreczek plastykowy pojemnik z zupą, który chciał trzymać podczas mozolnej procedury podnoszenia się, co czyniło ją jeszcze bardziej beznadziejną. Nachyliłam się, żeby wziąć zupę i wtedy zauważyłam, co tak naprawdę stanowi problem.

W wewnętrznej kieszeni grubego płaszcza, który od wieków nie był czyszczony, trzymał flaszkę i cały jego wysiłek skupiony był na pilnowaniu, by mu nie wypadła i się nie stłukła. 

- Hmm, no tak - mruknęłam przemądrzałym tonem mojej matki. - Jest i flaszencja.

- A co to panią obchodzi?! - zezłościł się znów.

- No właśnie obchodzi.

Nic nie odpowiedział. Ale z nieco większą dozą rozsądku - to znaczy używając obu rąk - zaczął dźwigać swoje przepite ciało. 

Dopiero na drugi dzień zrozumiałam, jak bardzo ta sytuacja przypomina moją własną. 

Leżę na glebie - w sensie finansowym i emocjonalnym, bo nie potrafię wypuścić z rąk czegoś, co trzyma mnie w okowach przeszłości: branży, w której pracuję (nawet jeśli osiągam w niej jakieś sukcesy). Gwoli ścisłości, leżenie dobiegło kresu, ale poprzedzone było długimi przemyśleniami, a wydarzenie spod Świętego Krzyża było jak kropka na końcu zdania. 

Każdy może mieć swoją "flaszkę w kieszeni", coś, co uzależnia, czemu chcemy być wierni, ponieważ pełni funkcję przełącznika emocji. Bezdomny pije spirytus i nie pamięta już, dlaczego jest na dnie, a całe jego bytowanie uproszczone zostało do walki o zdobycie kolejnej flaszencji. No i ewentualnie do złoszczenia się na głupie baby, które kadzą mu na ulicy (być może przypominające mu matkę lub żonę). Ja trzymałam się "branży", ponieważ dzięki niej mogłam przeżywać do woli wyparte uczucia żywione do rodziców, pozostając im wierna i nie musząc czuć się winna. Może kiedyś opiszę, jak wyniszczające było to doświadczenie.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale